5 najlepszych miejsc w Birmie

Myanmar, Birma, The Golden Land… zdecydowanie ostatnia nazwa najlepiej obrazuje ten piękny kraj, w którym tak wiele złotych stup (w Birmie nazywane są „paya”, czyli pagoda 🙂 ), ale to nie wszystko co ten piękny kraj ma do zaoferowania. Myanmar staje się coraz popularniejszym wyborem podróżników szukających mniej przetartych szlaków. Sam Myanmar, jak to często z krajami azjatyckimi bywa, nie czeka aż stanie się gospodarczy cud, ale stara się doganiać sąsiadów budując i rozwijając się na potęgę. Widać to już po niektórych miejscach, które odwiedziliśmy. Tak w Kyaukme byliśmy jedynymi podróżnikami w okolicy. Spaliśmy ni to w hotelu, ni to w hostelu, po prostu w domu pewnej rodziny, gdzie na piętrze były zamykane pokoje. Natomiast Kalaw jest przykładem miejsca, które jest typową bazą wypadową do pieszych wędrówek do Jeziora Inle, poza tym nie ma tam nic szczególnego. Miasteczko wygląda jakby powstało na potrzeby turystów, birmańczycy zbudowali całą potrzebną do tego infrastrukturę i jest tam wszystko czego potrzeba… jest fajnie, ale jednak my wolimy bardziej autentyczne miejsca 🙂

Motocykl w Birmie cz.2

Najciekawszy dzień naszej motocyklowej wyprawy zaczął się niepozornie. Po zwiedzeniu klasztoru mnichów buddyjskich ruszyliśmy w trasę na południe do Inle Lake. Pogoda była słoneczna, nadal było wcześnie, wszystko było idealnie.

Pierwsze problemy napotkaliśmy po kilku kilometrach. Okazało się, że bagaże zamontowane na tylnym siedzeniu Kiryla nie trzymają się zbyt stabilnie co poważnie utrudnia mu jazdę. Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym miasteczku i nie zastanawiając się długo uznaliśmy, że trzeba zapytać jakiegoś tubylca, gdzie można ogarnąć jakiś stelaż. Już po 10 minutach Pan Birmańczyk przyniósł nam cztery świeżo ścięte pale bambusowe, które związaliśmy i zamontowaliśmy jako prowizoryczny stelaż…. jak nie kochać Azji? 🙂 Po tym szybkim postoju ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu rzekomo najtrudniejszego odcinka na naszej trasie. 20 kilometrów przez dżunglę bez asfaltu. Było już prawie południe kiedy uznaliśmy z Antonem, że może jednak już zdążyli zbudować drogę… albo, że Zach może trochę przerysował tę trasę. Trasa była może i oddalona od osad ludzkich, faktycznie przebiegała przez dżunglę, ale asfalt był…. do pewnego momentu. Potem nagle się skończył 🙂 I faktycznie zaczęło się robić ciekawie. Czerwona ziemia nasiąknięta wodą przez porę deszczową przypominała glinę. Anton musiał zjeżdżać z górek w pojedynkę, bo ciężko było utrzymać stabilność. Wiedzieliśmy, że będzie to problem dla Kiryla, który podróżując z bagażem z tyłu traci dużo szybciej sterowność niż my. No ale pomyśleliśmy, że to tylko 20km, chwilę się pomęczymy, a potem już będzie prosta droga.

Scroll to top