Rowerowe Trójmiasto :)

Przez dobrych kilka lat rozmawialiśmy o tym jak pojedziemy kiedyś na weekend do Trójmiasta… wyobrażałam sobie wtedy, że jedziemy kabrioletem na słoneczne wybrzeże… wieczorem romantyczne kolacje, owoce morza (ok, flądra też by była spoko!), wino, w ciągu dnia spacery po plaży, w tle gdańska starówka lub gdyńska moderna, raj na ziemi i wszyscy uśmiechnięci…. hmm… my i taki odpoczynek? no może jeden wieczór moglibyśmy tak spędzić, ale nasz wymarzony weekend nad morzem miał być aż czterodniowy 🙂 a wiadomo każdy dzień wolny trzeba wykorzystać na maksa 🙂 No więc zaczęłam myśleć co by tu można zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu. A muszę się przyznać, że jako zapalona rowerzystka kilka razy w miesiącu jeżdżę do pracy niecałe 3 km w jedną stronę… a we dwie to już, jak prosto można wyliczyć, prawie 6 km! Przy tak oszałamiającej ilości kilometrów przemierzanej od czasu do czasu uznałam przed naszą wyprawą, że jestem już w formie i zaproponowałam Antonowi „ej, a może pojedziemy z Gdańska na Hel?”. Antona specjalnie nie trzeba namawiać na takie szaleństwa więc zanim sobie zdałam sprawę, że z Gdańska na Hel jest 100 km to już było wszystko postanowione i zaplanowane 🙂

Do Trójmiasta wybraliśmy się na długi weekend w czerwcu. Pogoda zapowiadała się deszczowa, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało. Uznaliśmy, że weźmiemy swoje rowery na bagażnik samochodowy i będziemy nimi podbijać okolicę. Słowem wstępu warto dodać, że my od dobrych kilku lat zasilamy szeregi licznych warszawskich słoików i widzimy jak to miasto się zmienia. Nie od dziś wiadomo, że Kraków to świetne miasto dla rowerzystów. Kompaktowe, w miarę płaskie i wiecznie zakorkowane – nie dziwne, że rowery cieszyły się tam od dawna popularnością wśród studentów i nie tylko. Warszawa natomiast jeszcze 7 lat temu nie była zbyt przyjaznym miastem dla wielbicieli dwóch kółek bez silnika 🙂 Wiadomo, Warszawa jest rozległa, szerokie ulice, wszyscy się gdzieś spieszą, samochody pędzą jak tylko mogą. Rower jakoś wydawał się zbyt sielankowy dla tego dynamicznego miasta. Fajny na weekend, ale jako codzienny środek transportu raczej nie 🙂  I nagle to wszystko się zmieniło kiedy w 2011 roku powstały pierwsze stacje rowerów miejskich Veturillo. Od tamtej pory każdego roku dzięki inicjatywie miasta, ale też poprzez budżet partycypacyjny i projekty związane ze ścieżkami rowerowymi Warszawa stała się miastem, gdzie o 9 rano zdarzają się korki rowerowe 🙂 Po 6 latach od wprowadzenia rowerów miejskich przywykliśmy do tego, że praktycznie bez problemu można dotrzeć na rowerze w każde miejsce i na dodatek większość trasy przejedzie się ścieżką rowerową. Gdy wybieraliśmy się do Trójmiasta nie zastanawialiśmy się specjalnie jak tam będzie. Wydawało nam się pewnie, że nie aż tak super jak w Warszawie (wiadomo, Warszawa bogate miasto – stać ich 😉 ), ale sądziliśmy, że pewnie jakieś ścieżki będą i ogólnie jakoś sobie poradzimy 🙂

Jakie są nasze wrażenia po kilku dniach w Trójmieście i wycieczce na Hel? Zostaliśmy mega fanami! 🙂 Infrastruktura rowerowa Gdańska jest godna pozazdroszczenia. Nasza ulubiona ścieżka to ta wzdłuż morza prowadząca do Sopotu. Gdańsk jest rozległy, ale stosunkowo płaski. Miejsca ciekawe dla turystów są położone stosunkowo blisko siebie, ale jak się chce odwiedzić kilka miejsc w jeden dzień to naprawdę warto skusić się na chociażby wypożyczenie roweru. Wielokrotnie jeździliśmy trasą z Wyspy Spichrzów w stronę Sopotu, ale też pojechaliśmy do Galerii Bałtyckiej trasą przez miasto, gdyż odbiliśmy w Jelitkowie chcąc zobaczyć słynny Falowiec. Z ręką na sercu możemy powiedzieć, że Gdańsk i jego ścieżki rowerowe są na medal. Niestety, a może na szczęście (to zależy kto lubi przygodę 😉 ) trasa z Sopotu do Gdyni okazała się trochę trudniejsza 🙂 i nie chodzi tutaj o to, że było pod górkę (no dobra, to trochę też), ale bardziej o to, że polegaliśmy na Google’u i naszej logice. Niestety okazało się, że to nie idzie ze sobą w parze i skończyło się na pchaniu rowerów przez morze 😀 Jak do tego doszło? No cóż, okazało się, że podczas naszej wizyty nieduży odcinek Alei Zwycięstwa na wysokości Orłowa był w remoncie, więc uznaliśmy, że przejedziemy przez las… ten las to Kępa Redłowska… no i wylądowaliśmy na plaży skąd musieliśmy przepchać się na deptak przy Alei Piłsudskiego. Przyznam, że w Trójmieście widziałam więcej fatbike’ów niż kiedykolwiek w życiu, pchając po piasku mokry rower przeciągnięty chwilę wcześniej po wodzie zrozumiałam to zamiłowanie do fatbike’ów 😉

Do Gdyni wybraliśmy się z planem zwiedzania gdyńskiej moderny, także tak naprawdę nasza wizyta ograniczyła się do zaledwie kilku ulic w Śródmieściu i nie możemy się wypowiedzieć obiektywnie jak tam jest. Jeździliśmy w okolicach Świętojańskiej, 10 lutego oraz Molo Południowego i musimy przyznać, że w naszym odczuciu dramatu nie było, ale jednak gdyńskie Śródmieście nie jest przygotowane na rowerzystów. Wiadomo, jeżdżenie na rowerze po ulicy Długiej w Gdańsku też nie należy do najłatwiejszych biorąc pod uwagę tłumy, które się tamtędy przemieszczają, ale jednak brak ruchu samochodowego trochę ułatwia sprawę 🙂 W Gdyni natomiast czuliśmy, że trochę przeszkadzamy, zarówno tłumom ludzi na chodniku, jak i samochodom na ulicy… no ale czego się nie robi dla pięknego modernizmu 😉

Zaprawieni wycieczkami po okolicy wybraliśmy się w końcu na Hel 🙂 I wiecie co? Była to nasza najdalsza wyprawa rowerowa w życiu i cieszę się, że to właśnie ta trasa jest tą pierwszą, bo nie można chyba sobie lepszej wyobrazić 🙂 Jak już wspominałam trasa do Sopotu to marzenie, dalej trochę utrudnień, ale trasa z Rumii do Pucka była naprawdę malownicza. Część prowadziła przez park krajobrazowy a część przez niewielkie miasteczka, gdzie nie było nasilonego ruchu samochodowego. Pomimo niesprzyjającej pogody (wiadomo nie jesteśmy z cukru, deszcz nam nie jest straszny) jechało się całkiem przyjemnie. Gdyby się okazało, że taka trasa prowadzi na sam Hel pewnie bym pomyślała, że było pięknie, sielankowo, trochę może nawet dziko. No, ale trasa na Hel to 100 km więc i krajobraz miał prawo się zmieniać. Cała trasa z Kosakowa na Hel to trasa należąca do tras rowerowych Północnych Kaszub (więcej na temat tej trasy znajdziecie oficjalnej stronie pomorskie.travel ) i nosi przepiękną nazwę „Pierścień Zatoki Puckiej” 😉 . Jest to świetna trasa dla każdego ze względu na jej niski poziom trudności. Nie ma tutaj wielu podjazdów i na dodatek spora część biegnie wzdłuż morza co zapewnia przyjemną bryzę. Co prawda w wietrzne dni może nie być najłatwiej, ale w dzień, w który my się wybraliśmy było zaledwie 16 stopni, a było naprawdę przyjemnie 🙂 Odcinek od Władysławowa na Hel biegnie wzdłuż morza aż do Juraty. Co prawda trzeba uważać na pieszych, szczególnie w okolicach Chałup, gdyż ścieżkę rowerową dzieli się z pieszymi. Od Juraty do samego końca półwyspu helskiego jedzie się już ścieżką leśną między drzewami. Jest to ulubiony odcinek Antona, gdyż trasa ta była dość pagórkowata i można było trochę bardziej poszaleć 🙂 Na Hel dotarliśmy godzinę przed promem, którym udaliśmy się do Sopotu. Wystarczyło czasu, żeby wszamać smażoną rybę i coś słodkiego w nagrodę za przebyte kilometry.

Aha! No i jak zawsze mała rzecz a cieszy… z promu wysiadaliśmy na molo w Sopocie, gdzie dzień wcześniej dowiedzieliśmy się, że z rowerami nie wejdziemy… no cóż, tym razem nie było innego wyjścia, musieliśmy przedostać się przez całe molo z rowerami, żeby wyjść  🙂

Gdańsk już wcześniej dawał się polubić za starówkę, stocznię, muzea. Gdynia za modernę czy wybrzeże. Sopot za wakacyjny klimat. Półwysep Helski od wielu lat jest przystanią ludzi aktywnych, jest to świetne miejsce do nauki windsurfingu, ale też do odpoczynku. Dla nas jest to też miejsce, gdzie można fajnie karnąć 🙂

 

Scroll to top