Motocykl w Birmie cz.3

Po odpoczynku w Inle Lake wyruszyliśmy w dalszą podróż motocyklem, najpierw skierowaliśmy się do Pinday’i, gdzie w jaskini skalnej znajduje się tysiące posążków Buddy. Czy warto tam pojechać? Na pewno, jeśli jest po drodze, tak jak w naszym wypadku. Wstęp jest płatny, ale nie jest drogo. Na wejściu dostaje się mapkę, żeby nie zgubić się w labiryncie posążków. My weszliśmy bez mapki i trochę błądziliśmy 🙂 a jak już udało nam się zrozumieć jak działają te chodniki to padł prąd 🙂 na szczęście tylko na chwilę 🙂

Świątynia w Pindaya

Z Pinday’i pojechaliśmy do Kalaw, gdzie planowaliśmy nocleg. Dzień ten był w miarę spokojny. Udało się dojechać przed zachodem słońca do Kalaw. Jedynymi utrudnieniami tego dnia był przelotny deszcz. Zaczęły mnie boleć kolana od wielogodzinnej jazdy na tak niedużym motocyklu. Kiryl i Anton też nie odpoczywali podczas jazdy. Przebyliśmy z Antonem kilka tysięcy kilometrów po Indiach poprzedniego roku, spędziliśmy wiele więcej dni na motocyklu, myśleliśmy, że już wiemy z czym to się je takie podróże… ale jednak małe chińskie 125-ki dawały nam mocno w kość. Mają one, rzecz jasna, też swoje zalety, są małe i lekkie, w związku z czym da się nimi jeździć po prawdziwych bezdrożach. Nie paliły też bardzo dużo. Plusem też było to, że jeździliśmy takim motocyklem jak większość tubylców, więc każdy wiedział jak nam pomóc w razie kłopotów.

Po odpoczynku w Kalaw wyruszyliśmy do Nay Piy Dawu. Do tej pory wszystkie drogi prowadziły przez góry. Okolice, przez które przejeżdżaliśmy, były niezbyt gęsto zaludnione, drogi raczej też się nie korkowały, może poza paroma przypadkami podjazdów pod górę, gdzie ciężarówki miały problem ze względu na wagę i wtedy robiło się tłoczno. Poza tym jazda motocyklem w tamtych okolicach była naprawdę świetnym przeżyciem. Drzewa były przepięknie zielone, a ziemia czerwona jak nigdzie indziej. Wyruszyliśmy z rana. Z Kalaw do Nay Piy Daw mieliśmy zaledwie 200 km, czyli jakieś 4-5 godzin jazdy 🙂 Przez Birmę do tej pory nie podróżowaliśmy z zawrotną prędkością, ale też w sumie nie o to chodziło. Chcieliśmy jechać i cieszyć się wszystkim wokół nas więc nieduże prędkości nie były problemem. Większość dróg to były asfaltowe jednopasmówki, czasem zdarzało się w jakiejś miejscowości większej trafić na dwupasmówkę. Asfalt był raczej w dobrym stanie, ruch nie był duży, pobocze szutrowe, trasy górzyste. Wszystko to miało się zmienić od momentu wjazdu do Nay Piy Dawu, gdzie przeciętna ulica była 6-pasmówką… Trafiliśmy też na słynną 20-pasmówkę.

„korki” na ulicach stolicy Mjanmy 🙂

Najciekawsze jest to, że miasto jest praktycznie puste. Można spokojnie jeździć zyg zakiem od jednego pasa do drugiego i być spokojnym o swoje i innych bezpieczeństwo. Nie zmienia to faktu, że na Birmańczyków, jak już się jacyś trafią w okolicy, uważać trzeba. Byliśmy świadkami sytuacji, w której samochód stanął na skrajnym lewym pasie, bo chciał skręcić w lewo i zatrzymał się na światłach. Po chwili zatrzymał się za nim samochód (to nic, że miał 5 pasów obok wolnych). Kiedy zmieniły się światła do ruchu na wprost samochód stojący jako drugi zaczął trąbić. Pierwszy samochód nie ruszał się, gdyż do skrętu było czerwone. Drugi samochód zamierzał, jak się okazało, jechać prosto. Dlaczego nie zmienił pasa na któryś z pozostałych pasów, żeby jechać prosto tylko ustawił się za innym samochodem, który planował skręt i zaczął go poganiać trąbieniem? Zostanie to nierozwiązaną zagadką. W każdym razie, nadmiar pustych pasów nie zapewnia w Birmie płynnego ruchu drogowego 🙂 Nay Piy Daw warto zobaczyć jeśli lubi się miejsca nieoczywiste 🙂 Jest takich miast kilka na świecie, które zostały wybudowane z jakieś potrzeby, miały pełnić jakąś ściśle przypisaną rolę… ale po drodze coś poszło nie tak. Nay Piy Daw jest stolicą od 2006 roku, ale sprawia wrażenie, jakby było zamieszkane zaledwie od paru miesięcy. Motocykl to świetny sposób komunikacji po stolicy, gdzie wszystko jest daleko od siebie położone, na dodatek kiedy my tam trafiliśmy było potwornie gorąco, także przyjemny wiaterek podczas jazdy jednośladem był dodatkowym atutem 🙂

Po nocy spędzonej w Nay Piy Daw’ie został nam ostatni odcinek drogi. Powrót do Mandalaj. Tym razem mieliśmy do przebycia niecałe 200 km. Na północ prowadzi autostrada oraz równolegle stara trasa przez miasto Tatkon (tzw Tatkon Expressway). Uznaliśmy, że spróbujemy pojechać autostradą i niestety już na wjeździe zostaliśmy zatrzymani przez policję, która poinformowała nas, że na autostrady motocyklom wstęp jest wzbroniony. Nie chcieliśmy żadnej draki więc grzecznie zawróciliśmy w stronę miasta po przejechaniu całej stolicy dotarliśmy na starą trasę i dość szybko zorientowaliśmy się, że łatwo nie będzie. Droga prowadziła przez gęsto zabudowaną okolicę, a na dodatek panował bardzo duży ruch samochodowy, przede wszystkim dużo było ciężarówek. Zatrzymaliśmy się na tankowanie i zdecydowaliśmy, że przy najbliższej okazji jeszcze raz spróbujemy dostać się na autostradę. Kiedy już mieliśmy odjeżdżać zauważyliśmy z Antonem, że pękła nam jakaś rurka przy kole i wokół motocykla powstała duża kałuża jakiegoś płynu. Po chwili Anton powiedział, że to była rurka z płynem hamulcowym i ten nam właśnie wyciekł. Musieliśmy zatem znaleźć mechanika… Jako, że jak zawsze robiliśmy furorę na stacjach benzynowych i tym razem byliśmy otoczeni przez grupkę młodych Birmańczyków (którzy przy każdym tankowaniu dawali nam za darmo 0,5 litrowe zimne wody), od razu zapytaliśmy gdzie znajdziemy najbliższego mechanika, na co oni z uśmiechem pokazali nam budkę po drugiej stronie ulicy 🙂 Bliżej się nie dało 🙂 Po 15 minutach sprawa była załatwiona i ruszyliśmy w dalszą trasę na północ. W miejscowości Tatkon ponownie postanowiliśmy wjechać na autostradę. Tym razem z sukcesem.  Okazało się, że autostrada jest dwupasmówką z nie najlepszej jakości asfaltem i wąskim poboczem. Ekranów, ba, w ogóle ogrodzeń od drogi nie było, co oznaczało, że gdyby jakaś krowa nagle zdecydowała się wejść na jezdnię to nic by jej nie przeszkodziło. Na szczęście, żadna się specjalnie na drogę nie pchała. Ruszyliśmy do Mandalaj zdecydowanie przyspieszając z nadzieją, że dotrzemy tam przed zachodem słońca. Niestety poranne szukanie starej trasy, naprawa linki oraz tłok na drodze spowolniły naszą podróż w pierwszej części dnia. Pomimo niezbyt dużego ruchu na autostradzie trzeba przyznać, że samochody jak już się pojawiały to pędziły z naprawdę bardzo dużą prędkością mijając nas bez zachowania często bezpiecznej odległości. Nie była to zbyt przyjemna droga. Po dobrej godzinie jazdy zdaliśmy sobie sprawę, że wzdłuż całej trasy nie ma ani jednej stacji benzynowej… i ani jednego zjazdu do jakiegoś pobliskiego miasteczka. Mieliśmy plan, żeby zatankować przed zjazdem na autostradę, ale jakoś się zagapiliśmy i tego nie zrobiliśmy. Nauczeni przygodą w dżungli mieliśmy ze sobą zapas benzyny w butelkach, ale w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać czy nam ten zapas wystarczy… Na domiar złego zaczęło się ściemniać. Przez całą podróż jeździliśmy z kaskami typu „orzeszek” i o tyle o ile w ciągu dnia nie był to problem, bo po założeniu okularów przeciwsłonecznych jazda taka była bardzo przyjemna, gdyż nie jeździliśmy z jakąś zawrotną prędkością, o tyle na autostradzie, gdzie pędziliśmy najszybciej jak się da, żeby dotrzeć do Mandalaj przed nocą, jazda z gołą twarzą była dużo mniej przyjemna. Nie tylko ze względu na wiatr, ale też ze względu na mnogość owadów, które rozbijały się o nasze czoła i policzki. W pewnym momencie zauważyliśmy, że Kiryl daje nam znaki, żebyśmy zjechali na pobocze. Zatrzymaliśmy się szybko i zapytaliśmy co się dzieje. Okazało się, że jadąc około 100 km/h Kirylowi wpadło coś do oka. Mieliśmy brudne ręce, było ciemno, ale wiadomo, że trzeba było oczyścić oko. Zdecydowałam się szybko zeskoczyć z motocykla i dać Kirylowi krople do oczu. Niestety przez pośpiech oparzyłam łydkę o rurę wydechową. W każdym razie będąc w spodniach zbagatelizowałma sprawę i poszłam do Kiryla. Po chwili Kiryl powiedział, że chyba już wszystko w porządku i ruszyliśmy do Mandalaj, gdzie dotarliśmy już grubo po zmierzchu.

Uppatasanti Pagoda w Nay Piy Daw

Na następny dzień oddawaliśmy motocykle do Zacha, który bardzo ucieszył się na nasz widok. Nam jest zawsze trochę przykro jak musimy się żegnać z naszymi dzielnymi jednośladami, które towarzyszą nam w najdzikszych zakątkach, ale też się cieszyliśmy, że nic nam się nie stało. Nasz wyjazd na motocyklach trwał 9 dni, ale na brak przygód nie mogliśmy narzekać. Na szczęście były to małe awarie, które najczęściej udawało się szybko naprawić. Jeśli chodzi o kaski orzeszki… no cóż… jeśli nie planuje się brać swojego kasku z domu (integralnego czy szczękowego) to orzeszka się nie uniknie, jest to azjatycki standard, co można zrobić w tej sytuacji? Najlepszą radą jest nie jeździć nocą, albo mieć ze sobą przezroczyste gogle.

My się cieszyliśmy, że nikt większych szkód nie odniósł. Kiryla oko nie ucierpiało. Stracił niestety ubranie przeciwdeszczowe, które się porwało podczas drobnej wywrotki jeszcze w dżungli. Ja musiałam natomiast odwiedzić szpital w Bangkoku.  Zakażenie bardzo szybko się wkradło w poparzenie powstałe w wyniku kontaktu z rurą wydechową na birmańskiej autostradzie i wymagało oczyszczenia. W Birmie ze służbą zdrowia podobno jest tak, że nawet jeśli Ci nic nie dolegało, to po wyjściu ze szpitala prawdopodobnie już Ci coś dolega, więc ostatni dzień w Mandalaj jedynie dezynfekowałam oparzenie, ale na drugi dzień po przylocie do Tajlandii noga już spuchła i zaczęła boleć. Jeśli czasem zastanawiacie się czy w Azji warto iść do lekarza… odpowiedź brzmi… to zależy gdzie jesteście 🙂 W Bangkoku z czystym sercem polecamy opiekę medyczną. Dostałam miejscowe znieczulenie, rana została oczyszczona przez lekarza, który cały czas bardzo dobrym angielskim tłumaczył co robi i dlaczego. Na sam koniec rana została opatrzona, a ja dostałam woreczek z lekami przeciwbólowymi oraz antybiotykiem oraz informację, że po powrocie do Polski należy udać się koniecznie do chirurga, żeby stwierdził czy rana goi się poprawnie. Lekarz w Polsce jak zobaczył opatrunek to zawołał pielęgniarki, żeby pokazać jakie fajne opatrunki robią w Azji 🙂

Tak też zakończyła się nasza wyprawa motocyklowa po Birmie. Jeśli się zastanawiacie czy to dla Was… to jedyne co możemy powiedzieć, że jak już raz spróbujecie to jest szansa, że się zakochacie. Bliski kontakt z ludźmi, niezależność od wszelkiego rodzaju rozkładów, przygoda jaką zapewnia motocykl, bo można dotrzeć tam gdzie autobusy dla turystów nie jadą, wiatr we włosach i wszystkie mniejsze i większe awarie sprawiają, że każdy wyjazd jest niezapomnianą wyprawą 🙂

Scroll to top