Motocykl w Birmie cz.2

Najciekawszy dzień naszej motocyklowej wyprawy zaczął się niepozornie. Po zwiedzeniu klasztoru mnichów buddyjskich ruszyliśmy w trasę na południe do Inle Lake. Pogoda była słoneczna, nadal było wcześnie, wszystko było idealnie.

Pierwsze problemy napotkaliśmy po kilku kilometrach. Okazało się, że bagaże zamontowane na tylnym siedzeniu Kiryla nie trzymają się zbyt stabilnie co poważnie utrudnia mu jazdę. Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym miasteczku i nie zastanawiając się długo uznaliśmy, że trzeba zapytać jakiegoś tubylca, gdzie można ogarnąć jakiś stelaż. Już po 10 minutach Pan Birmańczyk przyniósł nam cztery świeżo ścięte pale bambusowe, które związaliśmy i zamontowaliśmy jako prowizoryczny stelaż…. jak nie kochać Azji? 🙂 Po tym szybkim postoju ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu rzekomo najtrudniejszego odcinka na naszej trasie. 20 kilometrów przez dżunglę bez asfaltu. Było już prawie południe kiedy uznaliśmy z Antonem, że może jednak już zdążyli zbudować drogę… albo, że Zach może trochę przerysował tę trasę. Trasa była może i oddalona od osad ludzkich, faktycznie przebiegała przez dżunglę, ale asfalt był…. do pewnego momentu. Potem nagle się skończył 🙂 I faktycznie zaczęło się robić ciekawie. Czerwona ziemia nasiąknięta wodą przez porę deszczową przypominała glinę. Anton musiał zjeżdżać z górek w pojedynkę, bo ciężko było utrzymać stabilność. Wiedzieliśmy, że będzie to problem dla Kiryla, który podróżując z bagażem z tyłu traci dużo szybciej sterowność niż my. No ale pomyśleliśmy, że to tylko 20km, chwilę się pomęczymy, a potem już będzie prosta droga.

 

Niestety nie wiedzieliśmy, że to dopiero początek naszej przygody tego dnia. W pewnym momencie dotarliśmy do czegoś na kształt wąwozu, otoczonego gęsto drzewami, przez środek przebiegała droga, tyle że ziemia była cała rozkopana i namoknięta. Sama jazda była naprawdę sporym wyzwaniem, a na domiar złego południowe słońce zaczynało nas już nieźle przypiekać. Męczyliśmy się tak chwilę i już zaczynaliśmy mieć tego serdecznie dość, kiedy Kiryl oznajmił nam, że złapał gumę 🙂 Uznaliśmy, że w sumie nie bardzo mamy w tej sytuacji jakieś wyjście i po prostu zostaje tylko dopompowywać co chwilę powietrze pompką, którą dostaliśmy od Zacha. Mieliśmy nadzieję, że jakoś te 20km przejedziemy i tam na pewno ktoś nam pomorze z naprawą opony. Niestety, od rana minęło już parę godzin, a nasze motocykle mogły przejechać tylko ok 100 km na jednym tankowaniu. No i nie minęło pół godziny jak Kiryl powiedział, że skończyło mu się paliwo…. a my nie mieliśmy ze sobą żadnego zapasu… Wiedzieliśmy, że jeśli Kirylowi się skończyło paliwo, to w naszym motocyklu zbyt wiele też już nie zostało, bo tankowaliśmy razem.

Po chwili zastanowienia zdecydowaliśmy, że Anton sam przejedzie przez przełęcz w poszukiwaniu benzyny. W Birmie nie trzeba zawsze szukać stacji benzynowej, w wielu miejscach, a szczególnie tych bardziej odludnych sprzedaje się paliwo w butelkach po whisky i innych napojach. Uznaliśmy, że jest to nasza jedyna szansa. Problem był też taki, że w miejscu, w którym się znajdowaliśmy nie było zasięgu telefonicznego ani internetowego, więc Karo i Kiryl musieli czekać nie ruszając się z miejsca.

Po pół godzinie od wyjazdu Antona, zobaczyliśmy zbliżającego się dużego białego SUVa, który zatrzymał się koło nas z pytaniem czy potrzebujemy pomocy. Znowu pomimo barier językowych pokazaliśmy w czym tkwi problem i powiedzieliśmy, że jest jeszcze jedna osoba, która powinna zaraz wrócić z pomocą. No ale jednak tutejszy to tutejszy i wie skąd można pomoc ogarnąć. Chwilę coś pogadali między sobą, zostawili z nami dwie osoby i odjechali. Po pewnym czasie wrócił Anton z butelkami benzyny, a kiedy napełnialiśmy bak drugiego motocykla wrócili panowie w białym SUVie i poinformowali, że jeśli damy im sprawny motocykl to oni wezmą koło z motocykla Kiryla i naprawią go. Niestety, pomimo naszej miłości do Azji uznaliśmy, że aż takimi wariatami nie jesteśmy, żeby oddawać nasz ostatni sprawny motocykl nieznanym ludziom, z którymi komunikujemy się językiem migowo-wymyślanym ze wstawkami angielskiego. Koniec końców uznaliśmy, że Kiryl z jednym z Birmańczyków pojedzie na sprawnym  motocyklu naprawić przebitą oponę, a my zostaniemy z pozostałymi Birmańczykami na miejscu. Dostaliśmy od nich lodowatą wodę, usiedliśmy w cieniu i czekaliśmy na rozwój wydarzeń.

Zbliżała sie już 14:00 kiedy Kiryl wrócił z kołem z nową dętką. Na odjezdne dostaliśmy jeszcze od Birmańczyków po butelce benzyny. Przyszedł moment rozliczeń. Zapytaliśmy ile mamy dać za benzynę, wodę, dętkę i całą pomoc… pokazali nam na dętkę i powiedzieli ile kosztuje…. i to była jedyna rzecz, za którą musieliśmy zapłacić. Nic więcej nie chcieli, pomachali nam na pożegnanie i ruszyli w przeciwnym do naszego kierunku.

My odetchnęliśmy z ulgą, że limit pecha na ten dzień na pewno już wykończony, więc teraz to już będzie bułka z masłem, a zanim się obejrzymy będziemy w Inle Lake. Do zachodu słońca zostało nam 5 godzin… i tyle gdzieś też jazdy motocyklem… oznaczało to, że przyjdzie nam jechać po zmroku więc cieszyliśmy się, że Zach wspominał, że dalsza droga jest już asfaltowa i nie powinna być szczególnym wyzwaniem. Ruszyliśmy dalej przez wąwóz jadąc bardzo powoli jednocześnie lekko się już niecierpliwiąc. 20 km wydawało się trwać i trwać i w naszych głowach urosło już przynajmniej do co najmniej 60 km, na szczęście w pewnym momencie, zupełnie znienacka pojawił się asfalt i góry i zakręty i droga znów zaczęła być przyjemna. Kiedy znów wróciliśmy do płynnej jazdy przez góry zapomnieliśmy już o przygodzie sprzed godziny i cieszyliśmy się dziką okolicą. W pewnym momencie na drodze zobaczyliśmy bambusowy pal rozstawiony w poprzek drogi. Anton zamiast wyhamować uznał, że przejedzie przez ten pal, ale nie wyszło idealnie, pal się przesunął, wtedy okazało się, że był to prowizoryczny wodociąg i już po chwili na drodze było pełno wody. Szybko się zatrzymaliśmy, żeby naprawić wyrządzone szkody. Zanim nam się to udało z gąszczu wyskoczyło czterech mężczyzn z czego dwóch uzbrojonych w karabiny. Pewnie gdyby to było jakiekolwiek inne miejsce na świecie to byśmy się nawet przestraszyli tych karabinów, ale jak biegną do Ciebie od ucha do ucha uśmiechnięci Birmańczycy, to ciężko zachować powagę. Zaczęliśmy przepraszać, oni zaczęli machać rękami i mówić, że „OK, OK, no problem”. No i tak chwilę się poprzepraszaliśmy i pouśmiechaliśmy, aż zdaliśmy sobie sprawę, że zgubił się nam gdzieś Kiryl. Anton uznał, że wróci zobaczyć czy coś się nie stało, a ja zaczekam w tym miejscu. Dlaczego podjęliśmy taką decyzję? Zapewne wydawało nam się, że to wojskowi, chociaż w głębi serca pewnie czuliśmy, że tak nie jest, nie byli przecież w mundurach. W sumie do tej pory nie potrafimy tego zrozumieć. W czasie wszystkich innych wyjazdów nigdy się nie rozłączamy, chyba, że naprawdę nie mamy innego wyjścia. Tym razem postąpiliśmy bez sensu, w samym sercu dżungli Anton ruszył szukać Kiryla, a ja zostałam z uzbrojonymi po zęby Birmańczykami, którzy nie umieli pojąć jak się znaleźliśmy w tym miejscu, w którym NIKT INNY nie jeździ. Jeden z nich wyciągnął nawet nowiusieńkiego Samsunga Galaxy i zaczął mi pokazywać, ze nie ma zasięgu… no i że google maps nie działa i z niedowierzaniem patrzył na mnie jak na jakąś zjawę. Rozbawiło mnie to trochę, więc pokazałam mu u siebie na telefonie naszą nieśmiertelną przyjaciółkę apkę „maps.me” i pokazałam, że działa nawet jak nie ma zasięgu. Wzbudziłam tym ogromne zdziwienie i radość, tak więc chwilę się pocieszyliśmy wspólnie. Niestety, nie miałam czasu pokazać im innych przydatnych w podróżach urządzeń, bo w tym momencie wrócił Anton z Kirylem oraz informacją, że Kiryl ponownie złapał gumę…. takie uroki jazdy po dżungli 🙂 Wsiadłam na motocykl, pomachałam Panom z karabinami i odjechaliśmy w dalszą drogę zatrzymując się od czasu do czasu, żeby Kiryl mógł dopompować oponę.

Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się pierwsze wioski, a co za tym idzie, mechanicy 🙂 Kiryl naprawił po raz drugi oponę. Poszło sprawnie, ale niezbyt szybko 🙂 Zaczęliśmy się martwić późną godziną. Zrezygnowaliśmy z obiadu i ruszyliśmy dalej na południe. Dużo czasu nie minęło kiedy nagle spowił nas całkowity mrok. W Azji już tak jest, że jest albo dzień albo noc. Warto o tym pamiętać jeśli nie chce się jeździć nocą 🙂 Po chwili zorientowaliśmy się, że chyba dotarliśmy do wspominanej przez Zacha bazy wojskowej. Byliśmy głodni i zmęczeni więc mieliśmy nadzieję, że uda się szybko jakoś wyjaśnić wojskowym, że jesteśmy podróżnikami a nie szpiegami 🙂 Po paru kilometrach dotarliśmy do punktu kontrolnego, gdzie zostaliśmy zatrzymani i poproszeni o paszporty i wizy. Nie miałam ani jednego, ani drugiego, bo zostawiłam dokumenty jako zastaw u Zacha, ale na szczęście mieliśmy xero. Pokazaliśmy co mamy, wojskowi powiedzieli, że ok, ale musimy im na chwilę wszystko dać i oni zaraz wrócą. Nie zapowiadało się, że nas szybko wypuszczą, więc zeszliśmy z motocykli, żeby rozprostować trochę nogi. Gdyby ta kontrola była pierwszą rzeczą jaka by nam się przytrafiła tego dnia, pewnie bylibyśmy zestresowani, ale było już ok 20:00. Przez ostatnie 12 godzin mieliśmy tyle nietypowych sytuacji, że kolejna nie robiła na nas już żadnego wrażenia. Najgorzej, że powoli naprawdę robiliśmy się głodni, a wiadomo, jak się jest głodnym to się jest złym 🙂 na szczęście birmańscy wojskowi byli tak mili i uśmiechnięci, że nawet ich żółwie tempo im wybaczaliśmy. Po ok 20 minutach dostaliśmy nasze dokumenty z informacją, że jesteśmy w bazie wojskowej, w której nam nie wolno przebywać, więc musimy z niej wyjechać (zaskoczenie 😉 ). Dowiedzieliśmy się, że jeden wojskowy nas eskortuje do bezpiecznego miejsca – czyli za miasto 🙂 Wspomnieli też coś o dobrych lokalnych restauracjach, ale pomimo głodu uznaliśmy, że mamy nadal dobrych 60 km do Shwenyaung, to nie był czas na jedzenie. Musieliśmy się tam dostać jak najszybciej, żeby znaleźć kogoś u kogo moglibyśmy zostawić motocykle i złapać autobus do Nyaungshwe. Ostatni odcinek drogi, pomimo tego, że przemierzaliśmy go w ciemności udało nam się przejechać bez żadnych niespodzianek. Zbliżała się 22:00 kiedy dotarliśmy na miejsce. Wtedy też zdaliśmy sobie sprawę, że w sumie to nie wiemy jak znaleźć kogoś kto by przygarnął nasze motocykle. Birmańczycy chodzą dość wcześnie spać, więc uznaliśmy, że po prostu poszukamy jakieś miejsce, gdzie ludzie jeszcze spać nie będą i ich zapytamy o pomoc. Długo nie trzeba było szukać, przy drodze zobaczyliśmy kilka domów zbudowanych w podkowę z zagrodzonym placem, na którym biegały dzieci i głośno rozmawiały kobiety. Weszliśmy na teren posesji i zapytaliśmy czy możemy zostawić motocykle na 2 dni. Kobiety chyba wolały przerzucić odpowiedzialność na osobnika płci męskiej. Pokazały nam, żebyśmy poczekali a po chwili przyszedł jakiś mężczyzna, wytłumaczyliśmy mu, że jedziemy do Inle Lake, że chcemy zostawić motocykle i że będziemy za 2 dni z powrotem. Pan średnio mówił po angielsku, ale pokazał nam gdzie możemy zaparkować. Zapytaliśmy ile płacimy… i dowiedzieliśmy się, że NIC. Trochę nas to zaskoczyło, ale w sumie nie pierwszy raz kiedy Birmańczycy nie chcieli od nas pieniędzy więc przeszliśmy do pytań o autobus. No i tutaj tak łatwo nie poszło. Mężczyzna coś do nas mówił, ale kompletnie nie umieliśmy się połapać o co chodzi. W końcu zrozumieliśmy, że autobus będzie dopiero rano, więc zapytaliśmy o taxi. Już wydawało się, że jesteśmy uratowani, bo kilkakrotnie wydawało nam się, że usłyszeliśmy, coś w stylu „ok”, ale jednak okazało się, że taxi nie ma. W sumie to do Nyaungshwe mieliśmy ok 14 km więc w najgorszym wypadku moglibyśmy zrobić to na piechotę, ale po takim dniu, jakoś nam się ta opcja nie uśmiechała. Koniec końców Pan Birmańczyk uznał, że chyba się nad nami zlituje i powiedział, że może być naszym Uberem 🙂 zaproponował cenę, na którą zgodziliśmy się bez marudzenia i ruszyliśmy do Nyaungshwe. Pół godziny później byliśmy już w naszym hostelu, wyczerpani, ale szczęśliwi, że udało się dotrzeć bez większych problemów 😉

Aha, żeby wjechać do Nyangshwe należy uiścić opłatę w wysokości $10 od osoby. Procedura zapewne jest podobna jak w Bagan, gdzie płaci się $20. Tam wszyscy taksówkarze zatrzymują się przy budce, gdzie płaci się w lokalnej walucie lub w dolarach. Jak to do końca wygląda w Nyangshwe nie możemy powiedzieć, gdyż nasz pan kierowca nigdzie się nie zatrzymał po drodze. Budka zapewne o tej godzinie była zamknięta. Tym samym nie płaciliśmy za wjazd w okolice Inle Lake. Na następny dzień w ramach odpoczynku od jazdy wybraliśmy się na wycieczkę łódką po jeziorze… ale więcej o Inle w innym wpisie 🙂

Co zrobilibyśmy inaczej dzisiaj? Pewnie tylko dwie rzeczy. Po pierwsze wyruszylibyśmy jeszcze wcześniej niż to zrobiliśmy. Po drugie od początku wozilibyśmy ze sobą butelkę z zapasem paliwa 🙂 Tego dnia się tego nauczyliśmy i już zawsze mieliśmy ok 1,5 litra paliwa ze sobą 🙂

Czego jeszcze nauczyliśmy się podróżując po Birmie na motocyklu? O tym w następnym wpisie 🙂

Scroll to top