Jacy są Ci Birmańczycy?

Podróżując zawsze chcemy jak najlepiej zrozumieć dane miejsce. A przecież to nie tylko ustrój, klimat, architektura czy krajobraz, ale też… a wręcz przede wszystkim… ludzie. Są takie kraje, gdzie bardzo ciężko nawiązać kontakt z miejscowymi ze względu na brak wspólnego języka. Są też takie, gdzie lokalna społeczność jest już tak nastawiona na turystów, że każdego przyjezdnego traktują jak chodzący portfel, ewentualnie nie wykazują zainteresowania nawiązaniem kontaktu. Jak udało nam się nawiązywać kontakt z Birmańczykami?

Kotoo – Dokąd idziecie?

Kiryl – Na stację kolejową.

Kotoo – To świetnie! Ja też tam idę kupić bilet dla ciotki. Pójdę z Wami i Wam pomogę!

Żółta lampka już się zaświeciła w głowie. Takie deklaracje w większości krajów faktycznie nie raz oznaczają pomoc, ale niestety interesowną. Taką, za którą potem trzeba będzie zapłacić, albo taką w której zostaniemy naciągnięci na kupno biletu u „konika” po wyższej cenie. No ale wiadomo, przygoda! Więc zdecydowaliśmy się zaufać Kotoo i przystaliśmy na jego propozycję.

Po drodze Kotoo opowiadał nam o sobie i wypytywał nas o mnóstwo rzeczy, jednocześnie komentując sytuację w Birmie.  Dzięki niemu bez problemu dotarliśmy na stację i kupiliśmy bilety. Kiedy nadszedł czas pożegnania znienacka Kotoo zaprosił nas na herbatę w pobliskiej knajpce. Z chęcią przystaliśmy, z każdą minutą coraz bardziej lubiliśmy tego młodego studenta, a możliwość pójścia do knajpki „dla miejscowych” była tym co lubimy najbardziej.

Na miejscu Kotoo opowiedział nam o swoim marzeniu, żeby otworzyć hostel dla podróżników w Rangunie, oraz o planach wyjazdu do Australii, żeby na ten hostel zarobić. Mówił nam, że często ludzie nie mówią po angielsku w Birmie, a on z taką chęcią zaczepia turystów, bo chce uczyć się angielskiego w każdy możliwy sposób. Kilka herbat później Kotoo zaproponował nam wycieczkę do swojej wsi po drugiej stronie rzeki. Robiło się późno i nie miało sensu jechać tam tego dnia…na następny dzień już mieliśmy zaplanowaną wizytę w Kyaiktiyo Pagoda (po angielsku zwana również Golden Rock), więc ostatecznie zgodziliśmy się spotkać z Kotoo za 2 dni przy Pomniku Niepodległości ok 7 rano. Kotoo pomógł nam jeszcze kupić bilety na autobus do Kyaiktiyo i dał nam swój numer telefonu po czym się pożegnaliśmy.

Dwa dni później deszczowym porankiem spotkaliśmy się z Kotoo i jego tatą przy Pomniku Niepodległości. Po drodze na prom opowiedzieli nam nasz plan dnia. Kotoo wynajął dwa skutery, na których mieliśmy zwiedzić okolicę w tym lokalny targ, okolicę domu Kotoo oraz Świątynię Pytonów. No, ale żeby mieć siłę na zwiedzanie, trzeba było coś zjeść, więc naszą pierwszą atrakcją było śniadanie w lokalnym barze. Tam dowiedzieliśmy się, że mężczyźni cmokający na kobiety pracujące w barze, nie starają się ich obrazić… wręcz przeciwnie 🙂 jest to zwyczajowy sposób zwracania na siebie uwagi, który sami zaczęliśmy z powodzeniem stosować 🙂 Następnie poszliśmy odebrać skutery, które były wynajmowane dzięki znajomościom taty Kotoo w przystępnej cenie, jednakże okazało się, że to nasza trójka ma pokryć koszt wynajmu. Kotoo wyjaśnił nam, że inaczej nie starczy nam czasu, żeby wszystko zwiedzić i podjął za nas decyzję. Trochę nas to zaskoczyło, ale ze względu na chęć zobaczenia codziennego życia Birmańczyków nie protestowaliśmy specjalnie i zapłaciliśmy za skutery. W końcu, gdybyśmy chcieli sami pozwiedzać okolicę zapewne też byśmy zdecydowali się na wynajem skuterów.

Kolejnym punktem programu był lokalny rynek. Z jakiegoś powodu lokalne rynki w wielu krajach Azji przyciągają masę turystów. Na tym byliśmy jedyni…. i ewidentnie wzbudzaliśmy zainteresowanie. Kobiety i dzieci ukradkiem spoglądali w naszą stronę śmiejąc się i szepcząc coś do siebie. Kotoo szybko przyszedł z wyjaśnieniem mówiąc, że większość osób komentuje po prostu jacy jesteśmy ładni i bardzo żałował, że nie rozumiemy ich języka, bo na pewno byśmy się ucieszyli z takiej ilości komplementów 🙂

Wizyta na lokalnym rynku to coś co warto zrobić podczas podróży do Birmy. Widać jak ludzie się kłębią i kupują przeróżne produkty. Ludzie głośno dyskutują nad stoiskami pełnymi nieznanych nam warzyw i owoców, w tym korzeni z Thanaki. Thanaka to naturalny kosmetyk, który można zakupić w formie korzenia bądź zmielonego już pudru z drzewa Murraya i jest to jeden z symboli Birmy. Thanaka stosowana była w celach kosmetycznych już w XIV wieku i nadal jest bardzo popularna zarówno wśród kobiet jak i dzieci, którzy smarują ją sobie na twarzy. Ku naszemu zdziwieniu pomimo tego, że Birma jest w większości krajem buddyjskim wiele osób ewidentnie je mięso, gdyż stoiska zarówno z mięsem jak i rybami zajmowały dużą część targu i bynajmniej nie świeciły pustkami 🙂

Gwóźdź programu, czyli Świątynia Pytonów oddalona była kilka kilometrów od targu, po dotarciu okazało się, że byliśmy jedynymi odwiedzającymi. Swoim wyglądem nie powaliła nas na kolana, ale trzeba przyznać, że była ciekawie położona, bo… na środku stawu, w którym pływają ogromne złote karasie, a do świątyni dochodzi się jednym z czterech mostów. Po wejściu od razu zauważyliśmy kilka węży w akwarium…. były na tyle nieduże, że nie wydawały się być niebezpieczne, za to koledzy pełzający po samej świątyni to już zupełnie inna liga. Na otwartych oknach wylegiwało się kilka naprawdę dużych okazów…. można się było bać. Na szczęście Kotoo szybko nas poinformował, że nic nam nie grozi dlatego, że tutejsze pytony są …. weganami 🙂 No przecież! To była buddyjska świątynia, a wiadomo, buddyzm nie pozwala na zabijanie 🙂 Na wszelki wypadek postanowiliśmy nie sprawdzać tego na własnej skórze i trzymaliśmy bezpieczną odległość 😉

Jeżdżąc po okolicy zrobiło się dość późno, zanim jednak oddaliśmy skutery i ruszyliśmy na nasz pociąg do Bagan, Kotoo zaproponował, żebyśmy wpadli do niego do domu. Nie mogliśmy się doczekać wizyty w domu birmańskiej rodziny. Wiedzieliśmy, że tata Kotoo jest urzędnikiem, a sam Kotoo był studentem, więc odnieśliśmy wrażenie, że do najbiedniejszych zapewne nie należą, ale widok ich domu szybko zmusił nas do weryfikacji naszego zdania. Dom Kotoo był naprawdę skromny. Składał się z niewielkiego salonu z kuchnią oraz pokojem sypialnym na piętrze. Na miejscu ponownie spotkaliśmy tatę Kotoo, oraz zapoznaliśmy się z jego mamą i rodzeństwem. Już po chwili wszyscy siedzieliśmy po turecku jedząc przygotowane przez mamę Kotoo birmańskie smakołyki.

Najedzeni przeszliśmy do malutkiego pokoju, gdzie czekała na nas niespodzianka. Specjalny kamień do ucierania kremu z pudru Thanaki. Najpierw każdy z nas spróbował utrzeć trochę kremu, a potem jak dzieci smarowaliśmy się nim nawzajem po twarzach 🙂 świetna zabawa! 🙂 Okazało się, że to nie był koniec atrakcji…. na sam koniec Kotoo uparł się, żebyśmy zaśpiewali z nim parę piosenek na karaoke 😀 tak jest! Birmańczycy kochają karaoke. Tego popołudnia mieśmy w repertuarze Celine Dion i Rihannę! Nie było szans na negocjację ani odmowę, więc nie chcąc robić zawodu naszemu gospodarzowi zgodziliśmy się, że jeśli on się dołączy to zaśpiewamy z chęcią 🙂 I wyszło super! Przede wszystkim dlatego, że Kotoo świetnie śpiewał 🙂

Na sam koniec Kotoo opowiedział nam historię swojego domu. Na pierwszy rzut oka było widać, że dom jest jeszcze nie skończony. Brakowało w nim okien, nie wszędzie wszystko było wykończone, natomiast na pewno było tam czysto i schludnie. Kotoo powiedział, że kilka lat wcześniej drzewo zawaliło się na ich dom i od tamtej pory go odbudowują. Pokazał nam też buddyjskie ołtarzyki, gdzie każdy członek rodziny zbiera środki na jakiś cel, tak aby krok po kroku dokończyć wszystkie prace. W tym momencie spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i po szybkiej naradzie ustaliliśmy, że zapytamy czy możemy się do czegoś dorzucić. Zapytaliśmy Kotoo czy moglibyśmy też zrobić na coś datek, a on tylko się uśmiechnął i powiedział, że nie ma takiej potrzeby, ale że możemy zaproponować to jego tacie i może się zgodzi. Tata na początku nie chciał wyrazić zgody, powiedział, ze jesteśmy gośćmi i że nie powinniśmy za nic płacić! Chwilę nam zajęło przekonywanie, że to nie tak, że my płacimy… że do taka cegiełka… na szczęście po chwili namów zgodził się, żebyśmy zrobili dotację do koperty, na której napiszemy do czego konkretnie chcemy się dorzucić. Tak też zrobiliśmy pisząc „windows’ na kopercie. Nasz datek prawdopodobnie nie wystarczył na okna, ale wiadomo każda złotówka robi różnicę 🙂 No i +10 punktów do karmy mieliśmy zagwarantowane!

Godzina naszego pociągu do Bagan przybliżała się niemiłosiernie, więc zaczęliśmy się żegnać z rodziną Kotoo, która na sam koniec jeszcze wyciągnęła wielki wór z prowiantem dla nas na drogę i trzy trzcinowe piłki do Chinlone. Czytaliśmy o tej grze przed przyjazdem także bardzo się ucieszyliśmy z tej pamiątki. Kotoo pojechał z nami na sam dworzec, gdzie dopilnował, że wsiadamy do odpowiedniego pociągu. Tam go wyściskaliśmy wiedząc, że pewnie się więcej nie zobaczymy, ale do dzisiaj trzymamy kciuki za spełnienie jego marzenia o hostelu w Rangun.

Zastanawialiśmy się kilka razy później czy często Kotoo zaczepia przyjezdnych oferując im wycieczki po okolicy. Wydawało się, że ma świetnie zorganizowany cały plan, tak żeby na wszystko starczyło czasu… W końcu doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę to nie ma znaczenia. Dla Kotoo jest to niepowtarzalna możliwość praktykowania angielskiego z ludźmi z przeróżnymi akcentami. Dla nas była to niepowtarzalna okazja zobaczyć miejsce, gdzie poza nami nie było innych podróżników. Czy mogliśmy nie dokładać się do okien i w ten sposób napisać, że to wszystko było praktycznie za darmo? Jasne! Nikt nas o nic nie prosił. No ale wiecie, co innego szukanie najtańszych lotów do Azji, a co innego zwyczajna pomoc ludziom, którzy sami dają nam niezapomnianą przygodę poprzez swój czas.  Weźmy nawet mamę Kotoo, z którą nie mogliśmy sami porozmawiać, bo nie mówi po angielsku, musiała pójść na targ a następnie ugotować nam te wszystkie smakołyki. Z jednej strony podróżując denerwujemy się kiedy jesteśmy traktowani jak chodzące dolary, z drugiej strony powinniśmy umieć docenić to co robią dla nas dobre osoby spotkane w podróży i pomóc im tak jak możemy w danym momencie 🙂

No tak, wpis miał być o kontaktach z Birmańczykami, a nie jednym Birmańczykiem 🙂 ale to Kotoo jako pierwszy pokazał nam jacy są Birmańczycy – uśmiechnięci, otwarci, trochę nieśmiali, ale naprawdę pomocni. Po spotkaniu z nim, już podczas dalszej podróży staraliśmy się jak najwięcej wchodzić w interakcje z miejscowymi. Rozmawialiśmy z lokalnym artystą w Bagan, z powstańcami w dżungli, z wojskiem, kiedy wjechaliśmy do ich bazy wieczorem więc zatrzymali nas na kontrolę (o tym będzie jeszcze w kolejnym wpisie 🙂 ), z ludźmi pracującymi w hostelach/hotelach. Niestety znajomość angielskiego tych ludzi nie pozwalała nam na tak rozbudowane rozmowy jak z Kotoo. Za to praktycznie każdy kogo spotykaliśmy niezmiennie utwierdzał nas w mniemaniu, że Birmańczycy są naprawdę fajni! 🙂

Na przykład, będąc w Mandalaj pojechaliśmy nad rzekę do najbiedniejszej dzielnicy w mieście. Dzielnicy, gdzie ludzie mieszkają w domkach na rzece… ale nie takich wypasionych domkach jak w Inle Lake, tylko w takich ledwo trzymających się w całości. Nie chodziło nam tyle o oglądanie samych domów, ile o fakt, że z brzegu rzeki w tym miejscu był widok na najpiękniejszy, zdaniem internetów i przewodników, zachód słońca w Mandalaj. Na małym skwerku zobaczyliśmy bawiące się dzieci i kilku siedzących mnichów oraz mężczyzn grających w Chinlone. Uznaliśmy, że to świetne miejsce na poobserwowanie ludzi i poczekanie na zachód. Po chwili podszedł do nas chłopak z telefonem i zaczął pokazywać, że chce zrobić nam zdjęcie. Do tej pory niewiele osób w Birmie chciało nam robić zdjęcia co nam bardzo odpowiadało, bo mieliśmy przesyt tego typu sytuacji po wyprawie do Indii (pewnie połowa kraju ma z nami selfie). Tym razem jako, że był to pierwszy raz, zgodziliśmy się. Chłopak bardzo się ucieszył, zrobił nam kilka zdjęć i zostawił nas w spokoju. Nie minęło 10 minut jak widzimy, że wraca w naszą stronę. Pierwsza myśl „Oho, sesja fotograficzna się nie skończyła”. Jak bardzo się myliliśmy 🙂 Birmańczyk podszedł do nas z zadowoleniem i wręczył nam po puszce lokalnego napoju z liczi. Podziękowaliśmy mu zbierając nasze szczęki z ziemi, a on tylko pokiwał głową i odszedł dalej zajmować się swoimi sprawami 🙂

Kolejna historia związana jest z naszym znajomym Alexem, z którym zakolegowaliśmy się dzieląc przedział w pociągu do Bagan. Jeszcze będąc w drodze zapytał nas czy mamy ogarnięty nocleg, na co przytaknęliśmy i wyjaśniliśmy, że wzięliśmy najtańszą opcję jaką udało nam się znaleźć na internecie. Alex zapytał o nazwę miejsca, ale było widać, że w głowie ma już inny plan. Ostatecznie na stacji kolejowej Alex powiedział, że on się jeszcze rozejrzy, więc wymieniliśmy się kontaktami i ustaliliśmy, że wieczorem spotkamy się na kolację. Każdy rozszedł się we własnym kierunku, tylko po to, żeby spotkać się około godziny później w recepcji zarezerwowanego przez nas hostelu.

My – Alex! Cześć! Jak się tutaj znalazłeś?

Alex – Zapytałem w innym hotelu o ceny… no i było trochę drogo, więc zapytałem o najtańszy nocleg w okolicy… zgadnijcie gdzie mnie pokierowali 🙂

Nie polecamy techniki Alexa w innych krajach 🙂 W Tajlandii i Indiach najtańsze miejsce zawsze należy do osoby, z którą właśnie rozmawiasz 🙂

A my takich właśnie Birmańczyków spotykaliśmy na swojej drodze 🙂 Uśmiechniętych, szczerych, pomocnych i otwartych. Takich spotkań też Wam życzymy jeśli zdecydujecie się na wyprawę do Mjanmy 🙂

Scroll to top