USA – jak się tam dostać?

  • Controller at the airport – Is he with you? (pointing finger towards Anton who stayed in the queue)
  • Me – Yup.
  • Controller – Hey, you. Come over here. (then turning to me) Does your mommy know about him?
  • Me – Yes, sir.
  • Controller – And does she approve?
  • Me – She does 🙂
  • Controller – Ok then, enjoy your stay in the USA 🙂
————————————————————————————————————–
  • Kontroler: Czy on jest z Tobą? (wskazując palcem na Antona, który został w kolejce)
  • Ja: Uhm.
  • Kontroler: Ej ty! Podejdź tutaj. (odwracając się do mnie) Czy twoja mamusia o nim wie?
  • Ja: Tak, proszę Pana.
  • Kontroler: A czy wyraża zgodę?
  • Ja: Tak 🙂
  • Kontroler: No dobrze, zatem życzę miłego pobytu w USA 🙂
Nigdy wcześniej nie byłam w Stanach i szczerze mówiąc długo mnie tam nie ciągnęło. Potem nabrałam ciekawości do tego kraju, ale jednak procedury wizowe jakoś mnie skutecznie zniechęcały. Na pewno słyszeliście o kimś lub znacie kogoś komu odmówiono wizy z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu. Najgorsze jest to, że teoretycznie wiza do USA jest za darmo, płaci się jedynie za procesowanie, czyli pracę urzędników. Co to oznacza? Że jeśli już Wam odmówiono wizy to nie dostaniecie zwrotu wpłaconej kwoty…. No więc jak już zdecydowaliśmy się na USA pomyślałam sobie „ok., raz spróbuję, jak mi odmówią to polecimy gdzieś gdzie nas będą chcieli”. No więc krok po kroku, jak ogarnąć wizę do USA i co potem 🙂

Cała zabawa zaczyna się od wypełnienia wniosku przez Internet oraz uiszczenia opłaty. Następnie można już wyznaczyć sobie termin spotkania z konsulem.
Szczegóły znajdziecie pod linkiem: http://www.ustraveldocs.com/pl_pl/pl-niv-visaapply.asp
Ja osobiście przeczytałam instrukcje chyba z 4 razy i przyznam, że opis nie jest jakiś bardzo przystępny, ale co do zasady formalności są dość nieskomplikowane. Wypełnia się długaśny formularz on-line z masą mniej i bardziej zadziwiających pytań. Pewnie każdy kto wypełniał ten formularz ma swojego faworyta, bo są pytania o przynależność do organizacji terrorystycznych czy przemytniczych (narkotyki, ale też przemyt ludzi) czy mafii 🙂 Przy wypełnianiu formularza pojawia się możliwość dodania zdjęcia, ale nie jest to obowiązek, można zdjęcie też zrobić na miejscu, bądź przyjść ze swoim gotowym na spotkanie. Po wysłaniu formularza należy zrobić przelew i umówić się na spotkanie. Moje było o godzinie 8:30, a że ok. 1:00 w nocy poprzedzającej spotkanie dostałam informację, że zdjęcie które zapisałam w systemie jednak NIE spełnia wymaganych kryteriów to cała zestresowana wybierałam się do Ambasady już na 7:30. Jak na złość w taksówce trafił mi się kierowca, który zaczął opowiadać mi historię jak to on nie dostał wizy jakieś 3 miesiące wcześniej, więc wchodząc do budynku Ambasady byłam już nieźle zestresowana. Ogólnie panująca atmosfera była dość zabawna, bo część ludzi była zestresowana, część widać, że nie do końca rozumie co się dzieje, a część o tej 7:30 wyglądała na nieźle zaspanych.
Po wpuszczeniu do środka każdy przechodził wstępną weryfikację wniosku oraz dostawał numerek. Potem to już prawie jak na poczcie 🙂 Kiedy wyświetlił się mój numerek podeszłam do pierwszego okna i mój wniosek został już formalnie zaaprobowany (łącznie z moim zdjęciem, które zostało odrzucone przez system poprzedniej nocy, jak się dowiedziałam, z powodu koloru tła, które nie było idealnie białe, ale Pani wprawnym okiem oceniła i uznała, że „ujdzie”). Po tej procedurze wróciłam grzecznie na swoje miejsce i czekałam na następne wyświetlenie się mojego numerka wyobrażając sobie jak będzie wyglądać spotkanie z konsulem. Nie wiem dlaczego, ale oczami wyobraźni widziałam pokój trochę jak z amerykańskich filmów detektywistycznych z białymi ścianami i jasnym światłem. Wyobrażając sobie tę scenę kolejny raz podeszłam do „pocztowego” okienka. Tym razem miałam zostawić odciski palców i znów mogłam wrócić na swoje miejsce. Wyobrażałam sobie potencjalne pytania i zastanawiałam się co na nie odpowiem. W tym momencie kolejny raz zapalił się ekran wyświetlając mój numerek więc podeszłam do trzeciego okienka i zostałam zapytana o cel podróży. Na co z uśmiechem na twarzy odpowiedziałam „motocyklowa wycieczka na Harley’ach po Dzikim Zachodzie!”. Na co pani po drugiej stronie uśmiechnęła się odpowiadając „woaw, to świetny pomysł”. A ja w duchu pomyślałam „fajna babka, zna się na rzeczy :)”. Zadała mi jeszcze kilka pytań o to z kim się wybieram, czy kiedyś byłam w USA, jakie kraje ostatnio odwiedziłam i na sam koniec powiedziała „dziękuję i życzę miłego pobytu w Stanach Zjednoczonych”. Na co ja trochę się zdziwiłam i zapytałam „to już wszystko?” a ona odrzekła „tak, dostanie Pani informację kiedy będzie mogła Pani odebrać paszport. Wiza została przyznana”.
No i tutaj najpierw był szok, a potem radość, a potem zmieszanie, bo poczułam, że jakoś tak nie do końca z należytym szacunkiem (a bardziej jak z jakąś koleżanką) rozmawiałam z amerykańskim konsulem (no ale nie moja wina, że konsul który mi się trafił był równą babką, nie? 😉 ).
Wszystko pięknie, ale otrzymanie wizy to nie wszystko. Trzeba jeszcze dostać się na amerykańską ziemię. No więc kolejny stresujący etap w naszym przypadku to przylot na lotnisko w Los Angeles. Anton był w USA tyle razy, że przyjeżdżał jak do siebie. Mój stres pod koniec lotu osiągnął już taki poziom, że deklarację celną (forma I-94) musiałam wypełniać na dwa razy, bo co chwilę coś myliłam. Po wylądowaniu ruszyliśmy w stronę wyjścia. Na końcu drogi naszym oczom ukazały się panele z ekranami, gdzie można było samodzielnie wprowadzić dane paszportowe i zostawić odciski palców oraz zrobić zdjęcie do systemu. Całość trwa chwilę… chociaż przyznam, że jako kobieta trochę zgłupiałam kiedy system kazał mi przyłożyć prawą dłoń do zeskanowania, co ja ochoczo wykonałam, tylko po to aby otrzymać komunikat, że chodzi o… prawą dłoń. Na szczęście po kilku próbach dogadaliśmy się jakoś z systemem co do tego, która ręka jest prawa i otrzymałam małą białą karteczkę. Z karteczkami w dłoniach ruszyliśmy z Antonem dalej i dotarliśmy do stanowiska przy którym wręczało się dopiero otrzymaną karteczkę. Niezbyt rozmowny Pan stawiał na niej pieczątkę i można było ruszać dalej. Kolejnym etapem było odebranie bagażu i… jeszcze jedna kontrola. To w tej kontroli odbyła się rozmowa z początku tego wpisu. Jak widać nie taki diabeł straszny jak go malują 😉
Deklaracja rozdawana w samolocie. Źródło: https://www.cbp.gov/travel/us-citizens/sample-declaration-form
A deklaracja celna z taką starannością wypełniana na pokładzie samolotu do tej pory jest w paszporcie, gdyż okazała się niepotrzebna jeśli wybierało się opcję rejestracji przez wcześniej wspomniany panel.
Scroll to top