Dziewczyna na krańcu Europy, czyli o podróży solo dla początkujących ;)

Martynę Wojciechowską pokazującą nam niesamowite kobiety na całym świecie znamy pewnie wszyscy. Żyjemy też w czasach, w których kobieta jest pewna siebie i niezależna. Wydawałoby się, że kobieta może wszystko… a jednak, nadal są takie momenty, kiedy zrobienie czegoś zupełnie naturalnego spotyka się ze zdziwieniem.

W moim przypadku była to podróż do Lizbony, po raz pierwszy od kiedy miałam 16 lat – solo. W wyniku wielu niezależnych od siebie wydarzeń nie potrafiłam się ogarnąć w tym roku z urlopem, a jak już sobie wybrałam termin to okazało się, że jest to dokładnie tydzień, w którym Anton będzie mieć długo wyczekiwaną obronę doktoratu. No i co zrobić? Zostać? Jechać? Zastanawiałam się jak wyjść z tej sytuacji a czas mijał i zbliżał się termin urlopu. Koniec końców zdecydowałam, że gdzieś pojadę, ale niedaleko i wrócę dzień przed obroną. Wilk syty i owca cała 😉

8 dni przed wyjazdem zaczęłam polowanie na bilety… a 3 dni później uznałam, że albo je kupię, albo nigdzie nie pojadę, więc nie zastanawiając się długo kupiłam bilet na 4 dni do Lizbony i od razu zaczęłam sobie wyobrażać jaki to będzie super wyjazd i mówić wszystkim jak to już za chwilę będę się kąpać w słońcu Portugalii… ale ku mojemu zaskoczeniu, nie każdy rozumiał mój entuzjazm związany z samotną podróżą. Ludzie zadawali całą masę pytań, których najczęściej nie zadawali, gdy opowiadałam o planach wyjazdowych z Antonem, nawet jeśli w planach mieliśmy podróż motocyklami po Birmie czy Indiach, a tu nagle pytania typu – czy się nie boję? czy nie będę się nudzić? dlaczego sama? czy mam tam znajomych? Zaczęłam się nawet zastanawiać czy ze mną jest wszystko w porządku skoro chcę jechać gdzieś sama i wydaje mi się to zupełnie normalne. Po dłuższym zastanawianiu doszłam do wniosku, że przecież to nie jest pierwszy raz kiedy będę zwiedzać jakieś miejsce sama. Przecież byłam na delegacji w Bukareszcie i po pracy szłam zwiedzać stare miasto i inne miejsca sama. Przecież odwiedzając Antona na jego projekcie w Moskwie w ciągu dnia chodziłam po tym ogromnym mieście sama. Przecież mieszkałam w Londynie, Nottingham i Madrycie i wielokrotnie robiłam różne rzeczy sama. To, czy sobie poradzę w Lizbonie wydawało mi się jasne, a to że będę się dobrze bawić było dla mnie bardziej niż oczywiste… w końcu znam się całe życie i nigdy się ze sobą nie nudziłam 😉

Przed wyjazdem zabookowałam pokój w Chalet d’Avila i napisałam maila, czy mogliby mnie zgarnąć z lotniska, bo przylatywałam na tyle późno, że komunikacja miejska już nie działała, a wsiadanie do przypadkowej taksówki jakoś mi się nie uśmiechało. Okazało się, że nie mają takiej usługi, ale polecili mi stronkę, gdzie mogłam zarezerwować bezpieczny transport do nich, co też zrobiłam 🙂

Na pozostałe rzeczy zupełnie nie starczyło mi czasu, więc pomyślałam:

Ok, Karo, lot do Lizbony jest długi więc na pewno zdążę wszystko zaplanować… a nawet jeśli nie, to przecież mogę improwizować… albo zaplanować z rana… w końcu na nic się z nikim nie umawiałam 🙂

Los jednak miał dla mnie inne plany 🙂 jak tylko wsiadłam do samolotu okazało się, że obok mnie usiadła dziewczyna i… się zaczęło:

  • Hej, pierwszy raz do Lizbony? – zapytała
  • Uhm… – odpowiedziałam z uporem patrząc się w Kindle’a
  • Lizbona jest przepiękna, a na długo lecisz?
  • Mmm… nie, we wtorek wracam.
  • Ja też! Praca czy urlop?
  • Urlop – powiedziałam, powoli żegnając się z nadzieją na zaplanowanie podróży w samolocie.
  • O to super, już masz wszystko zaplanowane?
  • Nie… właśnie miałam plan ogarnąć co będę robić jutro.
  • O wiesz co, ja jestem przewodnikiem, właśnie jadę z grupą na zwiedzanie, słuchaj najlepiej zrobisz, jak jutro zwiedzisz stare miasto, dostaniesz się tam jadąc metrem. Najlepiej ogarnij sobie kartę VivaViagem….

Pod koniec podróży o Lizbonie wiedziałam wszystko co było mi potrzebne, żeby przetrwać. Wiedziałam jakim tramwajem dojadę gdzie, ile kosztuje transport i gdzie warto zjeść. Zadowolona z obrotu spraw z uśmiechem wyszłam na halę przylotów w poszukiwaniu mojego kierowcy. Po chwili rozglądania się zobaczyłam uśmiechniętego od ucha do ucha mulata z ogromnym afro i kartką KAROLINA BUBIEL. Podeszłam do niego z uśmiechem i powiedział „Hi, I’m Karolina” a on „I’m Arturo, nice to meet you, lets go to my car” i powędrowaliśmy na parking. Jadąc ulicami Lizbony pomyślałam, że wypytam go jeszcze o jakieś dobre miejscówki warte zobaczenia (w końcu tubylec to tubylec). Po ustaleniu gdzie warto się wybrać w Lizbonie, Arturo zdradził, że był dwukrotnie w Warszawie. Ucieszyłam się na tę wieść i zapytałam co mu się najbardziej podobało i dowiedziałam się, że właściwie to nie miał czasu zwiedzać. „Uhm… to pogadaliśmy” pomyślałam.  Po chwili Arturo dodał „Jechałem do babci i byłem tylko przejazdem”. Na szybko zaczęłam rozkminiać co za połączenia z Afryką mamy z Warszawy, że mu się kalkuluje latać z Lizbony do Warszawy, a potem do Afryki. Uznając, że nie znam takiego połączenia zapytałam:

  • A babcia gdzie mieszka?
  • W Mińsku – odpowiedział Arturo
  • Na Białorusi???
  • Tak. No i właśnie zastanawiałem się czy mówisz po rosyjsku.
  • No jasne, mój mąż urodził się w Mińsku – odpowiedziałam myśląc jaki ten świat jest mały.
  • Davaj, pogavarim pa ruski – powiedział mój uśmiechnięty kierowca z ogromnym afro na głowie.

Po chwili zdążyłam ustalić, że mama Arturo jest Białorusinką, a tata pochodzi z Gwinei Bisau, natomiast sam Arturo urodził się i całe życie mieszkał w Lizbonie i bardzo lubi swoje miasto. Spodobało mi się jak z pasją opowiadał o wszystkich tarasach widokowych i drobnych uliczkach. Ucieszyłam się, że już kolejnego dnia będę mogła zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Po pół godzinie dojechaliśmy do Chalet d’Avila, pożegnaliśmy się i ledwo już stojąc na nogach podążyłam w stronę drzwi. Poczułam, że jednak jak na jeden wieczór to było dość dużo wrażeń i mnóstwo informacji… zaczęłam się bać, że do rana zapomnę co miałam odwiedzić i jak tam dotrzeć… była już 2 w nocy kiedy zastukałam do drzwi Chalet d’Avila i otworzył mi Filip, który ucieszył się na mój widok i powiedział, że już się zaczynał martwić, po czym zapytał czy chcę, żeby mi przekazał najważniejsze informacje o Lizbonie. Pomimo zmęczenia i późnej pory zgodziłam się usłyszeć już trzecie w tym dniu porady. Kiedy zbierałam się spać zastanawiałam się czy w ogóle cokolwiek z tego będę pamiętać na następny dzień.

Pierwszy dzień postanowiłam poświęcić na zwiedzanie starego miasta (Alfama i okolice) oraz Barrio Alto, Chiado i pozostałe okolice na przeciwległym wzgórzu. Poprzedniego dnia od Filipa dowiedziałam się, że mogę się dostać z jednego miejsca na drugie tramwajem 28 i przy okazji będzie to świetna okazja to przejażdżki klasycznym żółtym lizbońskim tramwajem. Lecąc samolotem od mojej towarzyszki dowiedziałam się, że najlepiej i najtaniej podróżować z kartą Viva Viagem, którą dostałam z rana od Filipa. Wychodząc po śniadaniu na podbój miasta pomyślałam sobie, że całkiem fajne te podróże solo. Pakując się poprzedniego dnia jeszcze w domu myślałam, że wszystko będzie na mojej głowie, ale okazuje się, że jak się jest samemu to jest więcej okazji do rozmowy z ludźmi, przez co mniej trzeba szukać informacji.

W samotnym odkrywaniu Lizbony pomagał mi aparat. Pozwalał skupiać się na każdym szczególe, zachęcał do skręcania w każdą uliczkę i patrzenia na każde miejsce z nowej perspektywy. Nie czułam, że brakuje mi towarzystwa… wręcz przeciwnie. Często podczas podróży fotograf zawsze idzie najwolniej, trzeba na niego czekać, albo on musi się spieszyć. Może znacie to uczucie kiedy jesteście fotografami na wyprawie i każdy zawsze na was czeka… no więc tutaj ten problem się sam rozwiązywał 🙂

Tego dnia rozmawiałam jeszcze z kilkoma osobami. Zwiedzając ruiny starych budynków razem z brytyjskim małżeństwem i ich córką zachwycaliśmy się każdym zakamarkiem czując, że jesteśmy w miejscu gdzie nie każdy trafia, a przypomina tajemniczy ogród w środku starego miasta. Rozmawiałam też z bezdomnym artystą, który nas zachęcił do wejścia do tych ruin. Popołudniu zmęczona spacerem weszłam do miejsca, które na moje oko miało być kawiarnią, a okazało się sklepem z regionalnymi produktami. Zamówiłam Pastéis de Belém i zaczęłam rozmawiać z miłą Panią, która okazała się właścicielką tego miejsca. Słuchając o zmianach zachodzących w Portugalii i Lizbonie zanim się obejrzałam już próbowałam lokalną ginję (likier wiśniowy) i myślałam sobie, że ci Portugalczycy to całkiem fajny naród. Po ginja przyszła pora na degustację tradycyjnego porto (pomimo tego, że sami Portugalczycy mówią, że porto należy pić w Porto) to usłyszawszy, że ja do Porto się nie wybierałam stwierdziła, że porto spróbuję u niej. A kiedy już zaczynałam czuć, że chyba czas się zbierać, właścicielka uznała, że wypuści mnie dopiero po spróbowaniu białego porto (o którego istnieniu nie miałam pojęcia). Koszt tej degustacji? 4 euro, bo tyle kosztowało tradycyjne ciastko Pastéis de Belém.

Wracając o zmierzchu do pięknego Chalet d’Avila czułam, że Portugalia to strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o solo podróże. Portugalczycy są otwarci i chętnie wdają się w rozmowy z nieznajomymi, a przy okazji są naprawdę gościnni. Na kolejny dzień zaplanowałam wizytę w Sintrze, Cabo da Roca i Cascais. Filip usłyszawszy mój plan stwierdził, że ze mnie twardy zawodnik i podpowiedział, które pałace warto zobaczyć… pewnym było, że wszystkich się nie uda, więc jego rady kolejny raz były dla mnie bardzo cenne. Jak się udała samotna wyprawa do Sintry? To już historia na kolejny wpis 🙂

Chodząc po bardzo turystycznej Sintrze samiusieńka musiałam sprawiać wrażenie mega ogarniętej turystki, gdyż co rusz ktoś mnie pytał gdzie kupić bilet, o której będzie autobus, jaki autobus gdzie jedzie i tym podobne. Nie zastanawiając się długo za każdym razem starałam się rozwiać wszystkich wątpliwości pomimo, że często nie znałam odpowiedzi na ich pytania… na szczęście darmowy pakiet na internet w UE był na wagę złota w takich sytuacjach 🙂

Moja pierwsza od dawna podróż solo była dla mnie super wyprawą. Pomimo tego, że byłam w Europie, wieczorami nigdzie nie chodziłam, ale wynikało to raczej ze zmęczenia niż ze strachu. Największym mankamentem podróży solo jest nieustanna obecność plecaka. Miałam go ze sobą wszędzie, nawet jak chciałam skoczyć do toalety wymyć ręce, nie mogłam sobie pozwolić na pozostawienie go przy stoliku (szczególnie, że najczęściej wybierałam miejsca na tarasie/ogródku). Ponadto myślałam, że będę musiała mieć zawsze wszystko zaplanowane, ale w końcu na wakacjach chce się mieć trochę luzu. No i z tym wakacyjnym luzem, raz poszłam do restauracji, gdzie zamówiłam i zjadłam obiad, a następnie zorientowałam się, że nie mam gotówki… w miejscu, w którym w kilku miejscach wielkimi wołami napisane było „awaria terminalu”. Na szczęście chyba dobrze mi z oczu patrzy, bo właściciel bez wahania pokazał mi gdzie jest najbliższy bankomat, a jak wróciłam to już na deser w gratisie czekał na mnie tradycyjny portugalski ser azeitão.

Czy wolę jeździć sama niż w towarzystwie? Wydaje mi się, że są to nieporównywalne doświadczenia. Podróże z towarzystwem pozwalają dzielić się każdą chwilą od razu, tu i teraz. Jest to doskonała możliwość poznania innej strony swoich najbliższych. Ja uwielbiam podróże z Antonem, bo wiem, że zawsze będzie jakaś przygoda i będzie mnóstwo śmiechu. Natomiast podróże solo to możliwość lepszego poznania siebie, ale też ma się dużo więcej okazji nawiązać kontakt z otoczeniem, docenia się bardziej każdy gest napotkanych ludzi i utwierdza się, że uśmiech jest międzynarodowy… i naprawdę czyni cuda 😉

 

Scroll to top